RSS
wtorek, 29 września 2015

Informuję czytelników, że blog "Co z tą edukacją?" przenoszę na swoją autorską stronę, która znajdziecie pod adresem:

http://jaroslawbloch.ovh/

Na stronie tej znajdziecie także opisy i streszczenia moich książek, fragmenty publikacji do pobrania oraz informacje o mnie.

Zapraszam do odwiedzania strony, lektury wpisów na blogu i zachęcam do zamieszczania komentarzy.

20:13, jarek_blo
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 sierpnia 2015

A więc po kolei:

  1. Przede wszystkim, aby politycy o nas zapomnieli…, aby kolejni ministrowie (kimkolwiek będą) nie rozgrywali nami swych politycznych interesików i aby nie uszczęśliwiali nas na siłę. Bo taka tradycja się u nas zrobiła, że nikt nas nawet (nauczycieli, rodziców i uczniów) nie pyta, czy chcemy zmian. A przede wszystkim żaden polityk nie zastanawia się u nas, czy są na te zmiany pieniądze, stąd zmiany (które same w sobie nie są złe) pozostają na… papierze.
  2. Aby samorządy przestały na nas oszczędzać. Bo choć oszczędność jest cnotą, to tak się porobiło, że „odchudzanie” oświaty w gminach ma zbyt często związek z kiepskim gospodarowaniem samorządów, które obcinają nam pieniądze, aby spłacić zaciągnięte bezmyślnie kredyty lub utrzymać monumentalne obiekty, które za te kredyty powstały. A przecież edukacja jest najlepszą inwestycją, która jednak nie mieści się w głowach myślących od kadencji do kadencji…
  3. Aby dziennikarze nie szukali w szkołach taniej sensacji, lecz opisywali nasze sukcesy, aby częściej pochylili się nad naszą ciężką pracą u podstaw z trudnymi i zaniedbanymi dziećmi itp. Bo patologie oczywiście powinno się ujawniać i… informować o tym policję i prokuraturę, zamiast tworzyć z opisywania patologii istotę pracy dziennikarskiej. Rzeczywistość trzeba wszak opisywać zamiast ją kreować.
  4. Aby Kuratoria o nas zapomniały na cały rok. Bo nie liczę na to, iż zrozumieją, że te ich kontrole i wizytacje wprowadzają jedynie zamieszanie w codziennej pracy, nie mówiąc już o tonach nikomu niepotrzebnych papierów, które są na potrzeby tych kontroli produkowane… Zbyt wiele rozwiązanych problemów mamy jedynie na papierze, zupełnie jak w tym powiedzeniu „operacja się udała – pacjent zmarł”. Sugerowałbym też dogłębną analizę słowa „wspierać”.
  5. Aby rodzice mieli dla dzieci czas, taki realny, nie przed telewizorem. Wszak szkoła jest tylko jedną częścią puzzli, drugą jest dom oraz praca i uwaga poświęcona dziecku przez rodziców. Bo zaocznie to można skończyć studia, ale nie wychować dziecko.
  6. Aby nauczyciele nie zamykali się w wieżach z kości słoniowej, lecz aby słuchali, co mówią dzieci i rodzice. Czasami wystarczy okazać odrobinę zrozumienia, zejść z piedestału, zauważyć, że świat się zmienia i metody sprzed pięciu lat są już czasami nieskuteczne.
  7. Aby uczniowie zrozumieli, że elektroniczne gadżety nie sprawią, że nauczą się myśleć i stosować wiedzę. Aby zrozumieli, że te wszystkie smartfony, tablety itp. czasami ich niszczą. Każdego urządzenia można bowiem użyć dobrze lub źle, jak w tym powiedzeniu o małpie i brzytwie.

Już to wszystko kiedyś pisałem? To dobrze, bo spokój w działaniu, wzajemna współpraca, zrozumienie, zaufanie, empatia, podparte właściwym użyciem zdobyczy techniki, to są wartości ponadczasowe. Rewolucji nie potrzebujemy.

12:42, jarek_blo
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 czerwca 2015

Jeszcze raz przekonuję się, że powiedzenie „jeśli nie wiesz co zrobić – zrób cokolwiek” jest prawdopodobnie nadrzędną dewizą MEN. W czasach gdy polskiej oświacie potrzebny jest spokój i działania zmierzające do naprawy błędów reformujących ją (przez ostatnich 15 lat) polityków, MEN brnie dalej, miesza niemiłosiernie, komplikuje to, co jeszcze nie jest skomplikowane. Sensu w tym mało.

Takim działaniem pozornym, wpisującym się w strategię MEN jest wprowadzenie ocen opisowych (funkcjonujących dotychczas w kl. 1-3) dla wszystkich poziomów nauczania. Choć jest to rozwiązanie opcjonalne, pytam się PO CO? Przecież z oceniania opisowego starają się nawet wybrnąć nauczyciele nauczania wczesnoszkolnego wprowadzając literki od A do D, by rodzic mógł zrozumieć czy dziecko potrafi czy nie. Mało tego, w ocenianiu opisowym posługują się często gotowymi szablonami, gdyż do każdej oceny napisać zindywidualizowany opis byłoby czasowo niemożliwe (stąd literki). W końcu od czego są konsultacje z rodzicami, na które rodzic może przyjść i zapytać o szczegóły, jeśli po lekturze zeszytów i ćwiczeń jeszcze nie wie.

Po co taka ocena na wyższych poziomach? Nie wiem. Przecież powinniśmy uczyć młodego człowieka autorefleksji. Sam na podstawie oceny liczbowej, uczestnicząc w zajęciach i wiedząc czego jest uczony, powinien bez problemu dojść do tego co potrafi, a czego nie. I TAK SIĘ DZIEJE! Nasi uczniowie to nie idioci! Jeśli nie będą wiedzieli za co dostali ocenę, to podejdą i zapytają (co przecież się dzieje obecnie). Ocena opisowa stwarza za to pole do popisu dla nadgorliwych dyrektorów i rodziców, aby jeszcze dowalić papierologii. Przecież zbyt mało mamy biurokracji... No i rodzi się kolejny papier do kontrolowania przez Kuratoria. Polska Rzeczpospolita Biurokratyczna... Na szczęście większość rodziców myśli zdroworozsądkowo i wystarczy im prosta informacja w skali od 1 do 6.

Chociaż... właściwie dlaczego by nie? Będę robił opisówki, tylko niech klasa liczy 10 osób... Robienie opisówek w klasach 20-30 osobowych to fikcja, nie ma na to czasu. No chyba, że MEN zapłaci za nadgodziny. Oczywiście napierniczam się teraz z MEN w żywe oczy, bo ani 10 osobowych klas, ani nadgodzin nie będzie. Powstaje kolejny martwy przepis, powstaną kolejne gotowce, zużyte zostaną tony papieru, zadowolony zostanie urzędnik, który będzie miał poczucie, że coś zrobił (choć w rzeczywistości zepsuł).

No chyba że MEN chciał w ten sposób podnieść poziom polskiego czytelnictwa, gdyż wg badań czytamy mało i preferujemy teksty bardzo krótkie, jednozdaniowe. Ale żeby uczyć naród czytać na ocenach opisowych? Tego nawet Stalin by nie wymyślił.

14:42, jarek_blo
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 maja 2015
W tym wpisie, chciałbym wytłumaczyć młodym ludziom, dlaczego Bloch – egzaminator nie może być Blochem – robotem. Wyczytałem niedawno w Gazecie Prawnej, że „maturzyści nie ufają egzaminatorom”, bo w pracach sprawdzanych przez różne osoby są niewielkie różnice punktowe. Osobiście jako człowiek rozumny, nie wyobrażam sobie aby takich różnic mogło nie być. To naprawdę proste.
sobota, 02 maja 2015
W naszym systemie edukacji wiele rzeczy mnie drażni. Ale najbardziej drażni mnie wymuszona i nienaturalna poprawność polityczna, która sprawia, że nie możemy niektórych rzeczy nazwać po imieniu. Ta poprawność polityczna łamie wielu uczniom życie. Tak tak, nie przesadzam. W końcu najgorsze co możemy zrobić, to w imię poprawności politycznej nie powiedzieć komuś jak jest naprawdę. Najokrutniejsze jest, gdy nie mówimy komuś prawdy, nawet jeśli jest ona brutalna. A dzieje się to nagminnie.
niedziela, 05 kwietnia 2015

Ostatnimi czasy sporo pisze się i mówi o nauczaniu religii w szkołach. Coraz częściej dyskusja ta zaczyna przypominać mi spór o to jaka ma być nasza wiara. Mam wrażenie, że spór o religię w szkołach coraz mniej obchodzi ludzi już zlaicyzowanych (dla nich uprzedmiotowienie religii jest nawet na rękę), a staje się powoli sporem wewnątrz kościoła. Coraz częściej pada pytanie: czy szkoła jest odpowiednim miejscem dla nauki religii? Spoglądam na to nieco z boku i niejako z dwóch stron, bo sam mam dzieci w szkole, i uczę w szkole.

Mam także prawo o tym pisać, bo jestem pokoleniem, które wyrwano z salek katechetycznych i posadzono w ławkach szkolnych, z księdzem jako nauczycielem. I nikt nas o zdanie nie pytał, ot taki eksperyment, który, w moim przypadku, kościołowi nie wyszedł... Przyznam otwarcie, że religia w szkole była jednym z czynników które „odepchnęły” mnie od kościoła. Pamiętam religię w salkach. Czuło się bliskość parafii, spotykało się ludzi których znało się z podwórka, z którymi się dorastało. Wiedziałem kto jest proboszczem, znałem księży, nie byli to dla mnie anonimowi ludzie. Kontakt z parafią urwał się wraz z porzuceniem salek katechetycznych... Ktoś mógłby tutaj powiedzieć „przecież gdybym chciał, to...”, tak, ale nie chciałem, należałem do ludzi, których należało przyciągnąć, jak zresztą większość. Religia w szkole nie przyciągała...

Religia w szkole była dla mnie szokiem, bo szkoła wydawała mi się ostatnim miejscem, gdzie chciałbym zgłębiać swą duchowość. Ktoś nie pomyślał, że szkoła dla młodego człowieka nie jest miejscem w którym otwiera się na swoje duchowe problemy. Jest raczej miejscem, gdzie trwa walka o przetrwanie, o akceptację, gdzie często gra się jakąś rolę, niekoniecznie uzewnętrzniając się. Dlatego religia w szkole nie miała szans od początku. Wciśnięta pomiędzy przedmioty, uprzedmiotowiła się, stała się dłuższą przerwą, chwilą wytchnienia, po lub przed matematyką. Czymś jak wf lub przysposobienie obronne, czyli czymś co jest, ale nie traktuje się tego do końca poważnie.

Tak zastanawiam się, czy wśród tylu mądrych głów w Kościele Katolickim, nikt nie dostrzegł, że nie będzie to prosty powrót do tego co było? Czy nikt nie dostrzegł, że czasy już nie te? Że Polska, tak jak cała Europa Zachodnia, będzie się laicyzować, i najgorszą rzeczą którą można zrobić, to narzucić młodym ludziom swoją, jedynie słuszną, wizję? Bo przecież już w latach 90-tych sam kościół powinien zauważyć to, że taka postawa nie wyjdzie mu na dobre, że globalizacja i konsumpcjonizm będą wysysać wiernych z kościoła, i nie zatrzymają ich tam zakazy, a dialog i dawanie przykładu. Ocalałeś nie po to aby żyć, masz mało czasu, trzeba dać świadectwo! - pisał Herbert. I choć słowa te napisane były w innym kontekście, to czy kościół ocalał z PRL tylko po to by żyć? Czy hierarchowie dali świadectwo?

O co chodziło hierarchom? Czy nie zauważyli, że nie tędy droga? A może oślepieni swymi sukcesami po upadku PRL, nie zwrócili uwagi na tak istotną rzecz jak przyciągnięcie młodzieży. Może stwierdzili, że młodzież ma być posłuszna i już? Stwierdzili, że ci młodzi zdania nie mają? A przecież nawet Jan Paweł II spędził kawał życia, wychowując młodych ludzi, bo wiedział, że oni są przyszłością kościoła. Dlaczego jego spadkobiercy tak łatwo o tym zapomnieli? Uwierzyli, że wszystko załatwi religia w szkole... A w latach 90-tych młodzież okazała się tematem trzecioplanowym, gdzieś za umacnianiem wpływów, odzyskiwaniem majątków, i obecnością w polityce. Niestety kościół poszedł na ilość, nie na jakość. Bojąc się odpływu młodych ludzi z salek katechetycznych, wybrał trwanie w ułudzie, z pełnymi salami w szkołach.

Bo w szkołach szło się na religię z rozpędu. Człowiek miał na głowie inne problemy niż zastanawianie się nad zasadnością nauki religii w szkole. Zresztą, można było na zajęciach religii odpocząć, spisać zadanie, nauczyć się na kolejną lekcję. Bo kwitła kolejna postawa naszych czasów – konformizm, odziedziczony po PRL, lepiej się nie wychylać, bo nie wiadomo co będzie, a babcia, bez kościelnego ślubu, nie przepisze mieszkania... Tylko co to za nauka religii? Gdzie mury kościoła zachęcające do kontemplacji?

Inna sprawa, to przygotowanie księży, którzy byli przygotowani na pracę z parafianami, których znali w drugim, a czasem w trzecim pokoleniu, ale nie byli przygotowani na pracę z klasą w szkole, zbieraniną uczniów z różnych szkół, dzielnic i środowisk. A to nie to samo... Zostali wetknięci w sam środek szkolnej dżungli przez hierarchów, którym się wydawało. Czasami było mi ich żal.

Mijały lata, z ucznia stałem się nauczycielem, chyba niezłym, mającym dobry kontakt z młodzieżą, dlatego zawsze dużo mi opowiadali o swoim stosunku do religii. Kościół w tym czasie okopał się na swych pozycjach, katecheci i księża stali się moimi koleżankami i kolegami z pracy. Spojrzałem z drugiej strony na ten problem. Zobaczyłem też (po dobrych kilku latach przerwy) zlaicyzowaną młodzież z drugiej strony, która sacrum na religii w szkole w większości już nie zauważała, widzieli mało ważny przedmiot. Wtedy dotarło do mnie to, że kościół, wprowadzając religię do szkół, strzelił sobie w kolano. Frekwencja na religii spadała, oceny dawano za samą obecność, byle ktoś przychodził, rekolekcje wielkopostne (na które nawet ja kiedyś uczęszczałem) stały się okazją do zrobienia sobie wolnego. Nawet prawo obróciło się przeciwko, bo młodzi wiedzieli już, że religia obowiązkowa nie jest. No a przecież ksiądz w szkole, to niekoniecznie ta osoba, która mogłaby zadbać o naszą sferę duchową, skoro trzeba było szybko biec na matematykę.

Moje, laicyzujące się pokolenie zaczęło mieć dzieci. Wielu znajomych na pytanie po co posyła dzieci na religię, skoro sami do kościoła nie chodzą i przykładu nijakiego nie dają, odpowiadało bardzo pragmatycznie i pedagogicznie: by dzieci nie czuły się wykluczone z grupy, bo przecież małe dzieci są okrutne i każde odstępstwo może zakończyć się wyrzuceniem ze „stada”. Inni stwierdzali, że babcia nie zrozumie. Tylko czy to jeszcze religia czy kunktatorstwo?

Po ćwierćwieczu nauki religii w szkołach powinno się w końcu powiedzieć SPRAWDZAM. Powinniśmy spojrzeć prawdzie w oczy i zgodnie z nauką Franciszka wrócić do korzeni, odbudować parafie, bo kościół powinien być silny parafiami, ludźmi. I odważnie spojrzeć w oczy prawdzie, bo może okazać się, że do salek przyjdzie połowa tych, którzy chodzą na religię w szkole. Ale by do tego dojrzeć, trzeba zapytać się w końcu PO CO nauczamy religii? Czy liczą się tylko statystyki zapisanych na religię, czyli wg hierarchów „wierzących”? No to niech będzie jak jest. Episkopat będzie zasypiał spokojniej. A może, aby kościół tworzyli ci, którzy naprawdę wierzą i chcą tworzyć wspólnotę? Może dla takiego kościoła warto rzucić karty na stół, powiedzieć sprawdzam i spojrzeć prawdzie w oczy? Zobaczyć ilu przyjdzie do salek, po ćwierćwieczu nauki religii w szkołach?

Kiedy w końcu do władz kościoła dotrze, że prawdziwy problem to rozdźwięk między kościołem fasadowym a kościołem tworzonym przez żywych ludzi? Kiedy dotrze do nich, że w sporze o religię w szkołach, mogą przegrać wszystko?

piątek, 20 marca 2015

Oj udało się dziennikarzom nadmuchać balonik. Kolejna „afera”, kolejny chwytliwy temat... Jest ten dobry, czyli maturzysta (i to nic, że połowa z nich zna lektury tylko z opracowań), jest ten zły, czyli egzaminator, i jest o czym pisać.

Także jestem egzaminatorem. Sprawdzałem kilkakrotnie matury (czuję się więc podejrzany;-)). I jak to czytam, jest mi najzwyczajniej przykro, ponieważ:

  • rozdmuchany został jakiś margines błędu, który występuje zawsze i wszędzie,

  • kryteria sprawdzania nigdy nie są jasne, zawsze w trakcie sprawdzania pojawia się lista dodatkowa mówiąca o tym co powinniśmy uznawać, zmuszająca nas do sprawdzania tego co już było sprawdzone (co może rodzić błędy). A przecież nie powinno się zmieniać zasad w trakcie...

  • ani razu jeszcze nie widziałem arkusza maturalnego, który nie wzbudził by kontrowersji egzaminatorów, wielu z nas ma wrażenie, że pracujemy na czyjejś prowizorce,

  • liczba weryfikowanych prac spadła przez te wszystkie lata gdy sprawdzam, z prawie połowy do... dwóch (więc jak tu wyłapać potencjalne błędy, szczególnie, że uzupełnia się klucz w trakcie sprawdzania), resztę prac weryfikuje się w parach (z tym, że kiedyś wszystko, ostatnio tylko pytania otwarte).

  • oszczędności na sprawdzaniu prac są z roku na rok coraz większe, a przecież każdemu ekonomiście wiadomo, że oszczędności nie służą jakości...

  • każe się nam uznawać odpowiedzi, które nauczyciel naście lat temu uznał by za kompletną bzdurę,

  • musimy zastanawiać się nad sensem niechlujnych bazgrołów, których często nie da się odczytać...

  • szukamy na siłę błysku geniuszu w pokracznych wypowiedziach maturzystów,

  • płaczemy nad tym, jak pokolenie komunikatorów internetowych kaleczy nasz język ojczysty (bo nie czytają książek), a takie kaleczenie zmienia czasem sens wypowiedzi... często coś wiedzą, ale nie potrafią tego sformułować, a taką umiejętność na tym poziomie powinni mieć...

  • z pobłażliwym uśmiechem obserwujemy nasz sztucznie nadmuchany boom edukacyjny,

  • z przerażeniem spoglądamy na to, że mamy swój wkład w to, kto dzisiaj kończy studia (bo tak naprawdę dla wielu, matura sprawdzana zewnętrznie jest najtrudniejszym egzaminem w życiu, bo jak maturę się zda, to studia ukończy się na pewno, na jakiejś dziwnej uczelni), i mamy świadomość, że przez pobłażliwość przy ocenianiu, wpuszczamy często chamów na salony...

  • jesteśmy zirytowani śmiesznie niskim 30% progiem zdawalności (na logikę egzamin dojrzałości powinien być co najmniej na 50%, może wtedy młodzi zaczęli by się uczyć systematycznie a nie miesiąc przed maturą...),

  • nie możemy zrozumieć dlaczego poziom arkuszy (np. z matmy) jest dostosowywany do poziomu rocznika, zamiast być stały i niezmienny, aby to maturzyści dostosowali się do pewnego poziomu...

  • boimy się o to co będzie z naszym krajem i gospodarką, gdy te „dobrze wykształcone” roczniki wejdą na rynek pracy (a to już się dzieje...),

  • boimy się, że staniemy się niedługo figurantami, których jedynym zadaniem będzie zaliczyć odpowiedź, bo przecież maturzysta zawsze ma rację...

  • boimy się, że dopuszczając do uznawania niektórych stwierdzeń i wypowiedzi, stajemy się śmieszni... także w swoich oczach...

  • nie zgadzamy się z dziennikarzami, którzy na podstawie jednostkowych przypadków budują obraz całości, bo nie dociera do nich fakt, że to jedynie co czwarta praca zweryfikowana na prośbę zdającego, a wiadomo, że o weryfikację proszą z reguły ci nieliczni, którzy po upublicznieniu wyników widzą, że im się nie zgadza (reszta sprawdza i wie, że wynik ten który uzyskali, się zgadza, a zbyt często przekracza to czego się spodziewali...). Wnioski są więc tutaj NIEPROFESJONALNE!!!

Myślę, że przedwojenni nauczyciele przewracają się w grobach widząc, jacy ludzie w dzisiejszych czasach zdają maturę...

Niedawno na szkoleniu egzaminatorów zauważyłem, że wszystkie zmiany w sprawdzaniu matur zmierzają ku temu, aby uznawać coraz większe bzdury i aby, w razie czego, wszystko zwalić na egzaminatora. Na szczęście praca w komisjach jest dobrowolna. Najbezpieczniej będzie więc, jak do następnego sprawdzania się po prostu nie zgłoszę. Robi tak wielu. Coraz więcej dobrych nauczycieli stwierdza, że nie chce brać w tym udziału. Niech na „placu boju” zostaną więc tylko ci egzaminatorzy, którzy uznają każdą bzdurę napisaną przez maturzystę. Tylko czy będą to jeszcze EGZAMINATORZY? Bo to przecież będzie tylko takie „rzeźbienie” wyników na zamówienie polityków, którzy jak zwykle „dbają” o wysokie standardy kształcenia...

niedziela, 22 lutego 2015

O tym jak czytanie rozwija, trąbi się non stop naokoło. Rzeczywistość jest jednak brutalna. Rośnie nam pokolenie maturzystów i studentów, którzy wychowali się na opracowaniach lektur. Pół biedy gdyby to pójście na łatwiznę, spowodowane było stertami czytanych książek w domu. Niestety, w przeważającej części, nie jest tym spowodowane. Oni po prostu nie czytają. Widać to potem na każdym kroku, widać w każdej oddanej pracy, gdzie oprócz gotowców z internetu, pojawiają się własne „przemyślenia”, widać na egzaminach pisemnych, gdy często okazuje się, że maturzysta, czy student, nie jest w stanie sformułować logicznie brzmiącego zdania (!!!). Słychać podczas rozmowy, bo przecież czytanie rozwija swobodę mówienia, wzbogaca język. Rozmowa z nieczytającą osobą, to taki językowy fast food...

Problem tutaj nie tkwi w szkole, ale w domach. Szkoła miota się, wciskając pierwszoklasistom książki, robiąc zeszyty lektur. A przecież jak dziecko nie zobaczy w domu czytającego rodzica, to nic z tego nie będzie... powieli schemat. Często pogoń za kasą i łatwą rozrywką jest lepszym przykładem, który przejmują od rodziców dzieci. Może na zebraniach z rodzicami, powinno się czytać, po kolei, książki, myślę, że dla wielu byłby to pierwszy kontakt z literaturą od wielu miesięcy lub lat... Jestem złośliwy? Oczywiście. Mijam się z prawdą? Niekoniecznie.

Oczywiście już słyszę głosy sprzeciwu, że przecież książki drogie, że nie ma czasu, że jesteśmy zmęczeni. Same mity. Oczywiście są książki, które kosztują dużo, ale większość oscyluje wokół równowartości kilku piw, flaszki wódki, jest ułamkiem ceny, którą płacimy u fryzjera lub kosmetyczki, jest tym nadmiarem tłuszczu, który zostaje nam co miesiąc po zbyt obfitym jedzeniu. Brutalne? O tak... No i zawsze można po prostu pójść do biblioteki, która jest prawie na każdym osiedlu, a na pewno w każdym mieście. Na wsiach wymyślono w tym celu nawet obwoźne biblioteki. No ale nie mamy czasu i siły... Na pewno? A mamy czas i siłę na pitolenie godzinami przez telefon? Na bezmyślne siedzenie w necie czasu nam nie szkoda? A podczas godzin spędzanych przed TV, wzrok nam się nie męczy? Podczas jazdy autobusem, tramwajem widzę, że jak ktoś chce czytać robi to nawet stojąc, 99% jedzie gapiąc się w ekran telefonu, spoglądając bezmyślnie w szybę, lub nadając przez telefon, ku irytacji współpasażerów, bo co mnie obchodzi prywatne życie jakiejś kobity... Czas nam ucieka przez palce. Jesteśmy leniwi, obrzydliwie leniwi... intelektualnie.

Ile jest domów w których półki zajmują setki bibelotów a książki tam nie uświadczysz? A przecież bez czytania książek, artykułów, opinii, nie będziemy nawet w stanie zrozumieć otaczającego świata. Nie będziemy wrażliwi na los drugiego człowieka, na problemy planety. Staniemy się konsumentami masowej „kultury”, której książki nie są potrzebne. Żyjemy w zalewie informacyjnej, jałowej papki, którą serwują nam dzisiejsze media, w ofertach TV kablowych takie kanały dominują. Nie mamy zdania na wiele ważnych kwestii, a nawet jak mamy, to nie potrafimy go uzasadnić, o czymś podyskutować, bo do tego potrzebna jest przecież wiedza. Żyjemy w świecie w którym tysiące nieczytających neandertalczyków, nie rozumie tego co dzieje się wokół nich... Dlatego dzisiejszymi ludźmi tak łatwo sterować, dlatego nie jest na rękę politykom, by ludzi więcej czytali, by się kształcili, stąd pauperyzacja wiedzy, wieczne oszczędzanie na edukacji. Tylko do czego to prowadzi?

Czytanie musi stać się znów modne. Ludzie tego świadomi, specjaliści od PR, powinni o tym pomyśleć kształtując wizerunki gwiazd, sportowców i celebrytów. A ci powinni pamiętać o tym, wiedzieć, że często bardziej niż nauczyciele, kształtują gusta i nawyki przeciętnych ludzi. Może wtedy media, zamiast robić sensację z tego, że jakaś „sroda” znowu nie założyła majtek, zrobi sensację z tego, że w parku siadła na ławce i zaczytuje się jakimś tytułem. Że prezydent zamiast ze strzelbą, poszedł do lasu z książką, aby poczytać w spokoju. Tylko że media już dawno przestały robić to, do czego zostały pomyślane, już dawno pieniądze przesłoniły im wszelki horyzont, a specjaliści od PR są na takim samym poziomie jak media, dla których pracują. Takie czasy, w których w największej w Polsce księgarni, sprzedaje się tony badziewia, bo dla samych książek, to wielu już nie chce wejść. Może jeszcze wprowadzić piwo i kiełbasę? Wtedy może książka się przyda... by papierem obetrzeć gębę.

piątek, 06 lutego 2015
Czyli komentarz do raportu OECD. O tym, że w Polsce trzeba ekspertów z zewnątrz, by media zauważyły problem sygnalizowany od lat przez nauczycieli, psychologów, i rodziców...
czwartek, 05 lutego 2015

Luty, znowu uruchamiana jest trąba powietrzna, która ma zmieść z powierzchni Ziemi kolejną partię „niepotrzebnych” szkół. Pytanie: komu niepotrzebnych? No właśnie... zdaje się, że wyłącznie samorządowcom. Bo na pewno nie dzieciom, rodzicom i nauczycielom. Samorządowcy traktują szkołę jedynie jak zakład pracy, coś co generuje koszty, bo jest przecież chronicznie deficytowe. No to może zlikwidować komunikację publiczną, bo do tej także trzeba zawsze dopłacać? Może zlikwidować połowę miejsc pracy w urzędach, przecież one nic nie produkują (oprócz kolejnych papierów), i są w całości utrzymywane przez podatnika?

A przecież utrzymanie małych szkół powinno leżeć w interesie wszystkich, bo:

  • mała szkoła, to szansa na zrobienie mniejszych klas, i lepszy kontakt pomiędzy uczniem a nauczycielem, oraz rodzicem a nauczycielem,

  • w mniejszych klasach można lepiej nauczyć niż w molochach, z ponad 30-osobowymi klasami,

  • szkoła w pobliżu domu, to szkoła bezpieczna, gdzie nie trzeba dziecka dowozić samochodem, a może samo wracać do domu, ucząc się samodzielności,

  • w mniej licznej szkole można zindywidualizować naukę, w dużej jest to trudne do zrealizowania, a przecież psychologowie grzmią, że problemów przybywa,

  • mniej uczniów w szkole, to szansa, by lekcje nie odbywały się na dwie zmiany, lub do późnego popołudnia (kiedy to dziecko powinno raczej pracę domową odrabiać, aniżeli na lekcji siedzieć...), to także mniej lekcji na korytarzach, co przecież w zatłoczonych szkołach się zdarza,

  • mniej uczniów w szkole, to szansa by ich lepiej poznać, by nie byli dla szkoły anonimowym tłumem, w konsekwencji mniej konfliktów i... decybeli,

  • mniej uczniów w klasach to w konsekwencji lepsza edukacja, która powinna zaprocentować, lepszym wykształceniem (nie tylko tym na papierze), mądrzejszymi decyzjami w dorosłym życiu, w końcu większą przydatnością takiego człowieka dla społeczeństwa i gospodarki.

Mało? Widocznie mało, bo dla samorządu liczy się oszczędność na ogrzewaniu, remontach, na etatach. Baba z wozu, koniom lżej, ot prosta urzędnicza logika. Tylko, że naszym gminom i powiatom poprzewracały się chyba priorytety. Unijne pieniądze, które spadły im z nieba, uderzyły im do głowy, niczym woda sodowa gówniarzowi. Czegóż to w naszych gminach już nie budowano, wielkich gmachów, lotnisk, aqua parków, dworców w szczerym polu itd., itp. każda gmina mogłaby się pochwalić takimi nietrafionymi inwestycjami, do których trzeba było dopłacić i które... wygenerowały długi i koszty utrzymania. A, że w samorządach panuje nadal iście zbójecka logika zabierania najsłabszemu, to całym winnym złej polityki inwestycyjnej, złego zarządzania samorządów, stają się najsłabsi, czyli szkoły. Dlaczego oszczędzać na dzieciach???

Szkoły generują koszty, które trzeba ponieść, to fakt. Jednak oprócz likwidacji szkół, można sprawić, że budynek szkoły będzie żył przez cały dzień. Kwestia pomysłu, chęci, i zarządzania. Jest zbyt duża? Co za problem część budynku zaadoptować na inne cele (choćby biura urzędników i posterunki policji), co za problem aby popołudniami zorganizować tam spotkania, warsztaty, kursy, zajęcia dodatkowe (np. dla seniorów, bezrobotnych, dzieci). Oczywiście samorządy by chciały, by wszystko to robiły firmy prywatne, ale... np. nie każdego rodzica stać na zajęcia sportowe dla dziecka prywatnie, powiększa się więc grono wykluczonych. W miejsce zlikwidowanych szkół wchodzą szkoły z czesnym, kwitnie segregacja. Likwidować szkoły łatwo, a co będzie gdy zaleje nas (tak jak państwa zachodnie) fala imigrantów i szkoły będą znowu przepełnione? Oj, niewygodne rzeczy piszę, w końcu urzędnik chce mieć święty spokój... A brak pomysłu na szkołę, to brak pomysłu na gminę (powiat, miasto). Wg urzędników samorządowych, szkoła ma po prostu być, urzędniczy obowiązek jest odhaczony, a jaka już ona będzie, to mniejsza z tym.

Politycy mówią, że w Polsce dokonał się w edukacji cywilizacyjny skok. Bzdura. Skok był, ale ilościowy. Większością dyplomów można sobie dzisiaj co najwyżej... wytapetować ściany. Cywilizacyjny skok byłby wtedy, gdyby wzrosła jakość, a na to szanse dał niż demograficzny. Mniej uczniów w szkole, mniejsze klasy, lepsze efekty, większe korzyści dla kraju. Niestety w przyszłości. Zwykli ludzie często przyszłościowo nie myślą, ale od polityków (i tych lokalnych i tych w Warszawie) tego powinniśmy wręcz wymagać.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Tagi